Cienie i blaski reformy

Wypowiedź dla magazynu „Sygnał”

Byłem jeszcze uczniem, gdy w 1999 roku wprowadzono gimnazja. Moja klasa była jedną z pierwszych, która zamiast do VII klasy szkoły podstawowej poszła do I klasy gimnazjum. Pamiętam, jak w 1999 roku rzesza nauczycieli mówiła, że to zły pomysł. Te same głosy słyszę dzisiaj, gdy mówi się o likwidacji gimnazjów. Zastanawiam się, czy słowo „reforma” jest odpowiednie do zmian, które już za chwilę czekają uczniów, rodziców i nauczycieli. Mam wrażenie, że to bardziej powrót do kilku dobrych praktyk z przeszłości.  Samej reformy w tej „reformie” chyba jest mało, jest natomiast kilka powodów do zadowolenia i kilka do zastanowienia. Jeżeli spojrzymy na reformę oczami ucznia, to zmiany mogą przynieść wiele korzyści. Kilka lat dłużej w szkole podstawowej w najbardziej burzliwym okresie dorastania, rok dłużej w technikum i liceum (czyli lepsze przygotowanie do egzaminów zawodowych i matury) oraz możliwość przystąpienia dla matury po szkole branżowej II stopnia to wielkie plusy tej zmiany. Jeśli spojrzymy na te same zmiany oczami nauczycieli i dyrektorów gimnazjów, to pojawia się pytanie: Co z nimi? Co z ich miejscami pracy, etatami? Przykro mi, że w ogóle musimy stawiać te pytania, bo każdy z nich powinien móc odpowiedzieć: „Pracujemy dalej”. Trzymam kciuki za reformę, bo dobrze życzę polskiej szkole. Jednocześnie trzymam kciuki za wybitnych nauczycieli i dyrektorów gimnazjów, żeby szybko odnaleźli się w nowych warunkach. Będę uważnie przyglądał się efektom tych zmian. Kierunek wydaje się słuszny.